Opowieści z parku 5 – Niebiański chór

 

Po raz pierwszy w długiej historii swej działalności Klubowy Chór Gryzoni, w skrócie KCG, stoi w obliczu kryzysowego spadku członkostwa. Kiedy mówię „po raz pierwszy”, niekoniecznie jest to stwierdzenie prawdziwe. Dokumentacja klubu przepadła podczas długiej zimy wiele lat temu, gdy rezerwy tak się skurczyły, że władze musiały upoważnić instytucje miejskie do otwarcia drzwi bibliotek i wydawania książek w celach konsumpcyjnych. Początkowo zadecydowano, by wydawać książki w porządku alfabetycznym, poczynając od litery „A”. Szczęśliwie wuj Fred, sławny historyk sztuki, przebywał w tym czasie za granicą, w przeciwnym razie musiałby na własne oczy ujrzeć, jak dorobek jego życia przechodzi przez gardła nieświadomych i nieczułych. Jak sam jednak zauważył, nigdy wcześniej kultura nie była tak chętnie konsumowana przez masy. Wuj Fred mógł sobie pozwolić na tak filozoficzne podejście, gdyż jako dziecko nauczył się na pamięć „Jeżeli” Kiplinga, tak samo zresztą jak wiele innych dzieci jego pokolenia na całym świecie. Wiersz ten głęboko nim poruszył, zwłaszcza fragment, w którym podmiot liryczny widzi, jak idioci rujnują dorobek jego całego życia. „Będę po prostu musiał ‹‹schylić się i odbudować je zużytymi narzędziami››”. Przynajmniej wiem, czym się zajmę na emeryturze, prawdopodobnie za drugim razem pójdzie mi też lepiej, bo miałem czas przemyśleć sobie wszystko, co dotąd napisałem.” Wydaje mi się, że mówił poważnie…

Dopiero gdy pustoszeć zaczęły półki „E” ktoś z Rady zauważył, że te na „F” zawierają wiele ważnych książek dotyczących czcigodnych osób żywych, w tym wielu radnych, które należy bezwzględnie ocalić dla przyszłych pokoleń, książki o tytułach takich jak Fantastyczne Żyjące Gryzonie: antologia ich czynów oraz wpływ na współczesne społeczeństwo; Figury Wielkich Gryzoniowatych; Farmer i Jego Wróg; Finansowy Szczur, Fspaniały Gryzoń (opublikowane jeszcze przed standaryzacją pisowni) i tak dalej, przykłady życia wspaniałych stworzeń, których absolutnie nie wolno wydawać na pastwę nieczułych gardeł i odbierać wiedzę o nich potomności. Rada zwołała zebranie nadzwyczajne. Ustalono, iż poczynanie od litery „A” było błędem, za który nikogo nie należy winić. Jednakże, aby uniknąć dalszych kosztownych strat, uchwalono, by zacząć od początku, tym razem od końca alfabetu. Ktoś zauważył, że chociaż prędzej czy później „F” będzie zagrożone z drugiej strony, to dzięki tej akcji rząd zyska na czasie na tyle, by rządowa polityka miała szansę się wgryźć. Niektórzy z bardziej rozważnych członków rady wyrazili powątpiewanie, czy aby na pewno społeczeństwo jest aż tak łatwowierne i nie wyczuje pisma nosem, że tak się wyrażę. Zasugerowali, aby dokonać selekcji spośród mniej ważnych książek i udostępnić je do konsumpcji. Inni natychmiast wychwycili problem. Ktoś z rady musiałby przecież zadecydować, kto zostaje na półkach, a kogo przeznaczamy na kupę gnoju. Nieuchronnie prowadziłoby to do niekończących się kłótni, waśni i zakłóceń porządku, zwłaszcza ze strony tych radnych, którzy mieliby powody by obawiać się zesłania. Dyskusję zakończono, rada zagłosowała jak należało i uchwała, by ocalić całą półkę „F” i zacząć ponownie od „Z” przeszła jednogłośnie.

Niefortunnie dla KCG, wszystkie dotyczące ich akta zjedzono w pierwszym rzucie, jako skatalogowane na półce z literą „C” jak chór, zamiast „K” jak klub. Dlatego właśnie mówiąc, że chór po raz pierwszy stanął w obliczu członkowskiego kryzysu, mogłem się mylić. Nikt nie wie tego z całą pewnością a nawet jeśli ktoś wie, to woli udawać, że nie pamięta, aby uniknąć kłótni.

Śpiew i muzykowanie były zawsze sercem kultury dla mieszkańców parku. Nawet jeśli myszom brakuje głębokiego szczurzego tembru głosu, to jako najwrażliwsze z gryzoni zawsze świetnie brzmią w rozbudowany repertuarze polifonicznym. Wuj Fred zaczynał jako młody chórzysta w katedralnym chórze gryzoni. Akurat w tym samym czasie pośród regularnych parafian rozwinął się przesąd, jakoby katedra była nawiedzona przez chór duchów. Przesąd ten stanowił źródło nieustannej uciechy dla wielu członków społeczeństwa gryzoni, choć jego pochodzenie nosi w sobie ślad tragedii. Oto co się wydarzyło. Księża zwykli nosić długie komże. Gdy schodzili się do zakrystii, myszy wskakiwały pod ich rozłożyste treny i podróżowały z nimi w ten sposób aż do ołtarza. Metoda ta niepozbawiona była ryzyka; gdy któryś ksiądz nagle przystawał, wszystkie myszy też musiały prędko się zatrzymać. W powszechnej pamięci zachował się jeden tylko taki wypadek, kiedy to dyrygent chóru, pan Majster, osobnik energiczny i rezolutny, acz nierzadko rozpraszany przez sprawy niewiele mające wspólnego z interesem chóru, prowadził akurat chórzystów na swe miejsce. Nie dowiemy się nigdy, o czym myślał w owym fatalnym momencie, ale z całą pewnością nie zauważył, że księża przystanęli i dawali właśnie krok do tyłu. Zdał sobie z tego sprawę za późno. Wielkie czarne buciory księdza były już nad jego głową i zmierzały nieuchronnie w dół. Jego los został przypieczętowany a wraz z nim los wielu młodych myszek w sekcji sopranów. Mówiono, że ich koniec był szybki i z pewnością nie cierpiały. Niektórzy nawoływali, by ustanowić dzień pamięci narodowej, no bo przecież to taka wielka tragedia, prawie na równi z okropną Masakrą Trzech Kotów, Prusa, Rusa i Austryjka, kiedy cała prawie mysia kultura została zniszczona. Wielu twierdzi, że już nigdy nie doszła do siebie. W tej konkretnej kwestii ława przysięgłych jeszcze się naradza.

Gdy przychodzi do celebrowania tragedii narodowych, problemem bywa głęboka emocjonalność myszy. Łatwo dają się ponieść emocjom. Przywódcy lubują się w przesadnych i przydługich przemowach o bohaterstwie oraz patriotyzmie poległych. Co gorsza, muszą w nich zawsze uderzyć w motyw ofiary, motyw, który każda mysz dobrze zna i rozumie: biedna myszka stara się przetrwać w świecie, który opanowują siły zła i niszczą wszystko na swej drodze. Może to być oczywiście prawdą, ale trzeba pamiętać, że myszy są nie tylko kiepskimi doradcami, gdy przychodzi do udzielania rad samym sobie, ale często wręcz sprawcami własnych nieszczęść, do czego niewiele z nich się przyznaje.

Jeszcze tego samego, jakże tragicznego dnia, z rodziną Majstrów skontaktował się prawnik, szczur-specjalista od roszczeń powypadkowych w stylu „nie ma wygranej, nie ma opłaty”, jeden z najznakomitszych w całym parku. Zadawał wiele trudnych pytań typu, „Czy ponieśliście jakieś wymierne straty finansowe?” „Straciliśmy naszego ojca i naszą matkę, która była sopranistką.”

Nie jesteśmy w Ameryce. Jeśli chcecie dostać odszkodowanie, i mam tu na myśli pieniądze, to musicie się bardziej postarać. Mój czas to pieniądz. Użyjcie wyobraźni.”

Do sprawy włączył się KCG. Przeczuwając, iż pogrążona w smutku rodzina może zostać łatwo zmanipulowana do wniesienia roszczeń wobec samego KCG, klub przegonił prawnika i z pomocą klubowicza, który pracował w marketingu dla Uniwersalnych Przekąsek Serowych Spółka Z o.o., był w stanie zaoferować biednym sierotkom odszkodowanie w postaci bezpłatnego sześcio-miesięcznego zapasu przekąsek serowych. To rozwiązanie postawiło wszystkich w dobrym świetle. Biedna rodzina mogła ukoić swe smutki w dostatniej dobroci najskuteczniejszego poprawiacza nastroju jaki kiedykolwiek stworzono, a KCG zachował się w zaistniałej sytuacji bardzo honorowo, chroniąc pogrążoną w smutku rodzinę przed okrutnym prawnikiem najgorszego rodzaju, jednego z tych zupełnie niewyobrażalnych, plus wykazał się szczodrością organizując, z niemałym trudem, przekąski serowe. Wszyscy ukontentowani. Media wyrażały o sprawie się bardzo pochlebnie.

Ale wróćmy do naszego widmowego chóru. Zakończywszy niebezpieczną podróż, myszy wyślizgiwały się spod liturgicznych komży i zbierały się wszystkie pod ołtarzem, pod osłoną obrusa. Główny chór katedralny śpiewa z miejsca na poddaszu na drugim końcu nawy, zazwyczaj w tym samym czasie i na tej samej wysokości dźwięku co organy. Mówię, że śpiewa zazwyczaj w tym samym czasie i na tej samej wysokości dźwięku co organy, bo nie zawsze udaje im się osiągnąć spójność. Chórowi pomogłoby częstsze strojenie organów, ale nikt się tym jakoś specjalnie nie przejmuje. Na pewno wiecie, że dźwięk potrzebuje czasu, by pokonać przestrzeń, może nawet ci z was z lepszą pamięcią do bezużytecznych informacji mogliby określić jego prędkość. Jako że katedralna nawa jest bardzo długa, dźwięk chóru i organów potrzebuje czasu, by dotrzeć do mysiego chóru pod ołtarzem. Z tego właśnie powodu mysi chór zaczyna zawsze i kończy śpiewać z opóźnieniem. I tu kryje się cała tajemnica niebiańskiego echa. Nie ma tajemnicy. Tylko zależność czasu.

Ale, i jest to bardzo duże ale, biedni parafianie nie mieli o tym pojęcia. Wymyślali więc coraz to nowe wytłumaczenia dla fenomenu anielsko brzmiącego chóru-widmo. Ludzie z całego świata przyjeżdżali, by go usłyszeć. Jedni mówili że to cud, drudzy że niewytłumaczalny fenomen natury. Uniwersytecki wydział fizyki przeprowadził sześcio-miesięczne badania. Jedyne, co udało im się ustalić to fakt, że w czasie mszy dźwięki niebiańskich głosów wydają się dobiegać z ołtarza. Nie mogli niestety dostać się do ołtarza w trakcie trwania mszy, jako że władze katedry nie wyraziły zgody na zakłócanie ceremonii. Wystąpili więc z prośbą o przesunięcie ołtarza tak, by zobaczyć co znajduje się pod spodem, jednak również ta prośba została odrzucona przez władze katedry z wytłumaczeniem, iż jama pod ołtarzem jest miejscem ostatniego spoczynku pewnej wybitnej osobistości i że nie należy tego miejsca zakłócać. Mówiąc prawdę, władze miały ważny powód by odmówić. Miały sekret. Księża wiedzieli, że dawno temu wszędobylskie szczury przedostały się do owego miejsca ostatniego spoczynku i urządziły sobie ucztę ze szczątek wybitnej osobistości. Jama była pusta. Ale, i do tego nie przyznawali się nawet sami przed sobą, nie mieli bladego pojęcia skąd bierze się anielski dźwięk lub kto go wytwarza. Uznali więc, że jest to tajemnica, która dobrze im służy, gdyż ludzie płacą pieniądze, by zobaczyć to sławne miejsce, z którego wydobywa się dźwięk i by usłyszeć go w trakcie mszy, choćby z pewnej odległości, jeśli akurat im się poszczęści.

KCG-owcy wiedzieli o wszystkim. Wiedzieli nawet o szczurach. Wiedzieli, że istniała dużo lepsza droga dotarcia pod ołtarz. Jako że naszym małym chórzystom nie wolno się było bratać z tym typem szczurów, który zamieszkiwał tunele pod katedrą, to jedynie członkowie chóru rodzaju szczurzego używali tej trasy, by dostać się pod ołtarz. Z drugiej zaś strony wchodzenie do kościoła w otoczeniu księży, jakkolwiek niebezpieczne, było zwyczajem czcigodnym i pełnym tradycji. Właściwym zwyczajem dla małych myszek.

Zauważcie, że kiedy piszę o mysim chórze, piszę w czasie przeszłym. Młode myszy nie wydają się już być zainteresowane starymi sposobami muzykowania. Młodzi tworzą muzykę po swojemu. Wielu śpiewa, gra w zespołach i grupach. Piszą własną muzykę, śpiewają własne piosenki i bardzo mnie to cieszy, nawet jeśli nieszczególnie podobają mi się efekty ich twórczości. Jedynym pytaniem jest kwestia równowagi. Rób swoje, lecz nie zapominaj o reszcie społeczności. Dobrze to zrobi i tobie i innym. Ale oddalam się od tematu.

Zacząłem od kryzysu: rzedniejące szeregi członkowskie. Wuj Fred mówi, że nic nie da się zrobić. „Takie czasy, mój drogi, takie czasy”, choć nigdy nie można jasno stwierdzić, co chce przez to powiedzieć. Sroka Klara obwinia szaleństwa technologii i muzyki rozrywkowej, które rzekomo obniżają zdolność do koncentracji u młodych osobników. Mówię jej, że jest ostatnią osobą, która może cokolwiek obwiniać w kwestii zdolności do koncentracji oraz że przecież nigdy nie używała technologii, więc skąd może wiedzieć? Leszek twierdzi, że duży wpływ ma obecny sposób odżywiania, „za dużo chemikaliów”, co w ustach kontrolera jakości w Uniwersalnych Przekąskach Serowych Spółka Z o.o. brzmi jak lekka przesada. Inni mówią, że potrzeba nam wojny. Że nic tak jak wojna nie jednoczy ludzi. W czasie wojny ludzie śpiewają. Mówię im na to, „A wy skąd to wiecie? Przeżyliście kiedyś wojnę?” Chwała Bogu, nikt z nich nie musiał. Ale potem oni zaczynają cytować mi książki historyczne z opisami wielkich zwycięstw i jeszcze większych przegranych. Pytam ich kto zyskał na całym tym zabijaniu i cierpieniu? Mówią mi, że naród. Że się wzmocnił. A ja im mówię, że czasy się zmieniają. Powinniśmy żyć w teraźniejszości, a z przeszłości czerpać inspirację. KCG mówi, że przeszłość została pożarta. Ja im odpowiadam, że tylko na papierze. A oni, że ja nic nie rozumiem. I może tak właśnie jest.

Opowieść 13

Wąż w trawie.

Myszy i węże zasadniczo unikają się nawzajem. Chociaż nie, nie do końca. Myszy unikają węży. Węże lubią myszy, bo myszy są smaczne. Zwłaszcza myszy w parku, które z roku na roku robią się coraz okrąglejsze. Mała okrągła myszka łatwo daje się złapać i na długo starcza w powolnym procesie trawiennym węża. Jeśli mowa o kulturze wolnego spożywania, to wężom niczego nie da się zarzucić.

Nie tak dawno Paweł wrócił do domu ze swoim kolegą Juppim, rudą wiewiórką, i oznajmił Marii i Leszkowi, że spotkali wyjątkowo czarującego węża na warsztatach rozwoju nowych pomysłów.

Zwariowałeś?” wybuchnął Leszek, „nie ma czegoś takiego jak czarujący wąż”.

„Właśnie że jest”, odparł Paweł, „ale ty byś tego nie zrozumiał.”

„Problem pokoleniowy”, powiedział Juppy. „Czasy się zmieniły”.

Skąd możesz to wiedzieć, Juppy?” przerwała Maria statecznym tonem matrony. „Wy, wiewiórki, macie zupełnie odmienne relacje z wężami. My, myszy, stanowimy łatwą zdobycz.”

Właśnie miałem to mówić”, poparł Leszek. “Nigdy nie należy oceniać węża po wyglądzie. Może zmieniać skórę, ale głęboko w środku pozostanie taki sam. Najlepiej da się to zrozumieć będąc wewnątrz jego żołądka.”

Powinniśmy unikać węży bez względu na okoliczności, bez względu na okoliczności”, powtórzyła Maria pod nosem, nie słuchając już dalej, zajęta przygotowaniem kolacji.

Paweł musiał przyznać, że w gruncie rzeczy jego rodzice mieli rację. Węże wyrobiły sobie nie lada reputację na przestrzeni wieków, a niełatwo jest zmusić kogoś, by zmienił opinię na czyjś temat. Starsze węże były ambitne, bezwzględne i skoncentrowane na samych sobie. Historia nauczyła nas tej lekcji w dobitny sposób. Ale nie wszystkie węże są w głębi serca złe, o ile takie porównanie nie wprowadza zamieszania, bo przecież węże nie mają serca. A nawet jeśli były kiedyś złe, to wiele z nich nauczyło się, że współpraca i szacunek wobec innych są jedyną drogą do osiągnięcia sukcesu.

Lekceważąc przestrogę rodziców, Paweł nie zamierzał unikać tego konkretnego węża. Wąż ten złożył Pawłowi i Juppiemu ofertę nie do odrzucenia. Przeprowadzał rekonesans dla potencjalnych inwestorów. Przybył do parku z odległego miejsca dobrobytu w poszukiwaniu nowych pomysłów. Pomysłów, które mógłby zabrać ze sobą z powrotem, rozwinąć i zbić majątek.

„Majątek dla samego siebie”, powiedział Leszek.

„Majątek dla wszystkich”, odparł Juppy. „Bez nas nie da rady.”

I dlatego chce, żebyśmy pojechali z nim, spotkali się z inwestorami i rozwinęli nasz pomysł”, tłumaczył Paweł.

„Chcecie z nim jechać?” spytał zaskoczony Leszek.

„Musimy” odrzekł Paweł.

Jak inaczej mamy ruszyć z naszą ideą? Tutaj nigdy nie będziemy mieli szans na jej realizację.” powiedział Juppy. „Tutaj mało kto umie rozpoznać dobry pomysł. A jeśli nawet, to co wtedy? Kradną go i niszczą, bo nie rozumieją, jak wdrożyć go w życie, a potem twierdzą, że od początku pomysł był kiepski.”

Leszek pokręcił głową. „Juppy, może i masz rację, ale moim zdaniem wąż jest wężem i wąż wężem pozostanie, więc tacy jak my powinni unikać każdego węża, który jest wężem. Matka ma rację”, spojrzał w stronę Marii, która z jeszcze większym wigorem krzątała się po kuchni.

Kilka dni później, gdy sroka Klara w ramach wakacyjnych prac dostawczych (ona nazywa je „pomaganiem”, choć tak naprawdę robi to dla pieniędzy, podczas gdy kawki przebywają na wakacjach) wrzuciła list do skrzynki, Paweł podniósł go, otworzył, wyjął z koperty bilet i zaczął machać nim triumfalnie. Prawda uderzyła Marię niczym piorun. Jest najstarsze i najdroższe dziecko rzeczywiście zamierzało opuścić dom. Zadrżała ze strachu, a jej silne nogi ugięły się pod nią. Zwinęła się w kłębek tam gdzie stała i poczęła szlochać. Klara doszła do wniosku, że odczekała już wystarczająco długo, by mieć pewność, że w kopercie nie było niczego interesującego. Wyczuwając nadchodzące kłopoty, czyli coś, z czym nigdy sobie nie radzi, zwłaszcza jeśli kłopoty są cudze, wzbiła się do lotu.

Niezależnie jak mocno Paweł starał się pocieszyć matkę obietnicami prędkiego powrotu i zapewnieniami, że nie będzie przecież sam, że będzie z nim Juppy, odważna i odpowiedzialna wiewiórka, matka pozostawała nieugięta.

Nie ma czym się martwić”, upierał się bliski złości, jak typowy młodziak, u którego entuzjazm góruje nad doświadczeniem. „Wąż zrobił wszystko tak, jak obiecywał. Podróż, darmowe zakwaterowanie na tydzień, przed upływem którego otrzymamy płatne zatrudnienie. Wszystko będzie dobrze.”

“A jeśli nie?”

Jeśli nie, to nie. Będziemy musieli coś wymyślić. Założę się zresztą, że wujek Fredziu nie musiał się tyle tłumaczyć, jak wyjeżdżał za granicę!”

Wujek Fred to zupełnie inna historia. Dostał zaproszenie na wyjazd za granicę od jednego z czołowych ośrodków akademickich. Miał za sobą wsparcie i zachętę ze strony Związku Parkowego, Związku Kulturowego, nawet samego Dyrektora. Był dumą nas wszystkich. Ale ty, ty masz tylko zaproszenie od jakiegoś węża. Tego nie można porównywać. Co ty sobie myślisz?”

Myśl o tym, że jej młoda mysz ma opuścić rodzinne gniazdo była dla Marii prawdziwie wstrząsająca. Członkowie jej rodziny zostawali w domu. Nie włóczyli się. Znajdywali pożyteczne zajęcia tutaj, w parku. Nie martwiła jej wizja tego, że jej syn może zginąć, bądź co bądź śmierć w kłach drapieżnika była realną groźbą każdego dnia życia w parku. Martwiła ją myśl, że jej syn będzie chciał wrócić do domu, ale nie będzie w stanie, że może umrzeć samotnie i anonimowo w jakiejś odległej krainie.

Paweł nigdy nie widział matki tak nieszczęśliwej i będąc prostą młodą myszką nie bardzo wiedział, jak poradzić sobie z takim nadmiarem emocji. Włożył więc bilet z powrotem do koperty i położył go na matczynym kredensie, w miejscu godnym trofeów wygranych w wyścigach czy szkolnych konkursach, trofeów których nigdy sam nie wygrywał. Ale teraz im pokaże. List leżał tam niczym świadectwo dla wszystkich, że on jeden będzie miał przyszłość inną niż pozostali. Wróżył sukces. Potem Paweł wyszedł z domu, pozostawiając matkę we łzach. Cóż więcej mógł zrobić?

Kiedy Leszek wrócił do domu po ciężkim dniu pracy w Uniwersalnych Przekąskach Serowych Spółka Z o.o., od razu wyczuł, że zdarzyło się coś złego. Nikt nie witał go radośnie w progu. Zamiast tego jego ukochana żona ledwie podniosła łapkę i kiwnęła nosem w stronę kredensu. Jego oczy podążyły we wskazanym kierunku. Koperta. Nie lubił kopert. Przynosiły złe wieści. Naprawdę potrzebował odpocząć po długim dniu, ale po cóż odkładać nieuniknione. Zamiast usadowić się jak zwykle w swym ulubionym fotelu podszedł powoli do kredensu. Kiedy jednak spostrzegł, że list nie był adresowany do niego, odwrócił się z ulgą.

„Nie przeczytasz? Przyszedł. Jego bilet.”

Nie jest adresowany do mnie.” Leszek czuł się nieswojo w obecności listów, nawet tych cudzych.

„Jesteś jego ojcem, nie chcesz wiedzieć dokąd się wybiera? Paweł nic nam nie powiedział?”

Leszek wziął kopertę i usiadł w swoim ulubionym fotelu. Otworzył ją powoli i wyjął zawartość. „Robi wrażenie.”

Mówiąc szczerze, czuł się zmieszany. Nigdy wcześniej nie widział żadnego dokumentu podróży i nie bardzo go rozumiał. Gapił się więc na niego w bezruchu.

No i co tam jest napisane?” spytała Maria, tracąc powoli cierpliwość.

Leszek spojrzał na swoją małą żonę, tak zmartwioną, tak do siebie niepodobną. Cóż mógł uczynić? „Nie wiem. Nie rozumiem tych słów.”

“Coś na pewno rozumiesz.”

“To jest w obcym języku. Nic mi to nie mówi.”

Odwrócił dokument na drugą stronę w nadziei na znalezienie jakiejś wskazówki, choć wiedział, że żadnej nie znajdzie. Był oszołomiony. Zatrzymał się, by pomyśleć, co nie zdarza mu się zbyt często.

Po chwili jego uwagę przykuło pudełeczko zapałek na stoliku przy fotelu. Zapałek Pawła. Zwykle tu nie leżały. To był jego stolik. Ale podsunęły mu one pomysł. Niewiele myśląc złapał pudełko, wyciągnął jedną zapałkę i podpalił ją. Po czym przyłożył płomień do biletu. Patrzył jak niebieski ogień liże papier. Gdy płomień zaczął parzyć mu łapki, upuścił papier na podłogę i obserwował jak marszczy się on i przemienia w popiół. Miał nadzieję, że to położy kres Pawłowym nadziejom o wyjeździe. Spojrzał na swoją żonę. Jej mała twarz wykręcona była z przerażenia.

“Leszek”, wyszeptała.

Chcesz, żeby został, zgadza się?” powiedział, sięgając po przekąskę serową z talerza, który stał zawsze przy krześle.

Zanim Maria zdążyła odpowiedzieć, do pokoju wszedł Paweł. Poruszył wąsami, węsząc źródło zapachu. Leszek zamarł z przekąską serową pomiędzy zębami. Paweł prawie roześmiał się na widok ojca. Powędrował jednak spojrzeniem na półkę kredensu i dostrzegł puste miejsce. Znów spojrzał na ojca, zauważając tym razem popiół na podłodzie nieopodal jego łap. Górna warga powoli podniosła mu się do góry, obnażając zęby, tak jak robi to pies gotując się do ataku. Wydał z siebie pogardliwy śmiech, okropny dźwięk, którego nie słyszeli nigdy ani jego rodzice, ani nawet on sam nie potrafiłby powiedzieć skąd ten dźwięk się bierze, odwrócił się na piętach i trzasnął drzwiami tak mocno, że aż całe gniazdo zatrzęsło się w posadach. Maria osunęła się na podłogę, szlochając.

Nie ma się czym martwić”, powiedział wąż. „To się często zdarza. Rodzice potrafią przesadzić. Ale nie zorganizuję ci nowego biletu za darmo. Sam rozumiesz. Za wymianę trzeba zapłacić.” Choć zszokowała go trochę podana cena, Paweł obiecał, że wróci z pieniędzmi. Jeśli Paweł był zszokowany, to Leszek przeżył najprawdziwszy wstrząs, gdy Paweł zażądał od niego pieniędzy. Była to kwota bliska równowartości ośmiotygodniowej wypłaty.

„Nie dam ci takich pieniędzy, żebyś mógł je przekazać wężowi. Zostaniesz tutaj, a ja pogadam z dyrektorem Przekąsek Serowych. Być może on będzie w stanie pomóc ci z tym twoim pomysłem.”

W kłótni, która nastąpiła, Maria poparła Pawła. Nieomal zdołała przekonać samą siebie, że Pawłowi byłoby lepiej, gdyby wyjechał. Gdy stało się jasne, że Leszek nie zapłaci, Maria zrobiła coś, czego miała żałować do końca życia. Zdradziła synowi tajemnicę ojca.

Późnym popołudniem Paweł powędrował ścieżką prowadzącą z dala od gniazda. Słońce zachodziło właśnie za horyzont, a nocne zwierzęta budziły się do życia. Odwrócił się w kierunku jeziora i poprzez bogate leśne runo zdołał dojrzeć odbłysk białego pałacu, w którym spędził większość swej młodości. Przypomniał sobie wszystkie te razy, gdy towarzyszył wujowi Fredowi w oglądaniu obrazów w galerii lub przegryzaniu się przez książki w bibliotece. U progu wyjazdu żałował, że nie próbował bardziej, że nie starał się mocniej, by zbadać ten świat, który piękno stary profesor tak bardzo chciał mu zaszczepić. Już za późno. Ogarnęło go uczucie nostalgii. Spędził tu całe swoje życie. Czy naprawdę musiał wyjeżdżać? Szedł powoli, rozważając swoją decyzję. Rodzice chcieli, by został. On sam chciał zostać. Dlaczego więc to robił? Wystarczyłoby, że odniósłby bilet wężowi i zażądał zwrotu pieniędzy. Mógłby być w parku o tej samej porze zarówno jutro jak i pojutrze. Ale to oznaczałoby, że nic by się nie zmieniło, jego nadzieje okazałyby się płonne, a on sam skończyłby jak jego ojciec lub nawet gorzej, jak tylu innych młodych bez perspektyw. Nie miał wyjścia i na szczęście miał ze sobą Juppiego. Kochany Juppy. Myśl o przygodzie u boku starego druha podniosła go na duchu. Wracał do domu spokojniejszy.

Zaskoczył go widok rodziców Juppiego, gdy przechodził przez otwarte drzwi frontowe. Coś było nie tak. Maria stała z boku, roztrzęsiona. Leszek grzebał prawym pazurem w ziemi, jak zwykły to robić myszy, gdy są zdenerwowane. Oczy rodziców Juppiego wbite były w ziemię w głębokim zawstydzeniu. Leszek naskoczył na Pawła gdy tylko go zobaczył.

„Myślałem, że mogę ci ufać, a ty jesteś zwykłym złodziejem.” „Złodziejem?” burknął Paweł w osłupieniu.

„Ja mu je dałam,” płakała Maria, „to była moja wina. Ja mu dałam te pieniądze.”

Wcale nie. Nie masz odpowiednich kształtów, żeby przecisnąć się przez szczelinę. On je wziął. On je ukradł.”

Paweł zamarł. Szloch Marii był jedynym dźwiękiem słyszalnym w pokoju. Leszek wpatrywał się w rodziców Juppiego, jakby chciał ich zmusić do mówienia. Oni dalej wpatrywali się w podłogę. Leszek prychnął.

W porządku, ja mu powiem, jeśli wy nie chcecie.” odwrócił się do Pawła. „Juppy z tobą nie jedzie. Musi zostać tutaj. Wie, jak bardzo rodzice go potrzebują i będąc dobrym synem, a nie takim złodziejem jak ty, robi to czego oczekują od niego rodzice. Jedziesz sam i nie obchodzi mnie, czy cię jeszcze kiedyś zobaczę. Teraz zabierz swoje rzeczy i wynoś się.”

Siedząc nieruchomo w otoczeniu gromady podobnych mu młodych myszek w oczekiwaniu na transport, Paweł czuł się wstrząśnięty. Prawda, nie powinien był brać pieniędzy, i chciał powiedzieć ojcu, że wszystko mu zwróci. To byłaby kwestia kilku tygodni. Ale jeśli ojciec nie spaliłby mu biletu nic z tego by się nie wydarzyło, więc sam był sobie winien. Najbardziej bolało Pawła, że nie mógł pożegnać się z matką. W obecności rodziców Juppiego, przy ojcu ogarniętym szałem, nie był w stanie powiedzieć wszystkich tych rzeczy, które chciał, które potrzebował powiedzieć. Może więcej jej już nie zobaczyć. Poczuł wilgoć na twarzy i zaczęło ogarniać go uczucie wstydu, aż rozejrzał się dookoła i zobaczył, że nie on jeden przeżywa ciężkie chwile. Być może towarzysze jego podróży też mieli swoje powody.

Młodzi szybko dochodzą do siebie i zapominają, pochłonięci wirem teraźniejszych wyzwań. Trudniej jest tym, którzy zostają z tyłu, mając jedynie swe codzienne roztargnienie, by wypełnić czas. W miarę jak transport posuwał się do przodu, niosąc młode myszki nie wiadomo dokąd, dwie pary oczu, nieświadome siebie nawzajem, ukryte w leśnym poszyciu, jedna z dala od drugiej, obserwowały jego wędrówkę, aż zniknął w oddali.