Opowieści z parku 3 – Muzeum

Wystarczy przyjrzeć się dowolnej rewolucji w historii, by odkryć, że najczęściej sytuacja „po” nie różni się tak bardzo od sytuacji „przed”. Wkrótce po zakończeniu angielskiej wojny domowej i upadku dyktatury na tronie znowu zasiadł król. A po rewolucji francuskiej? Cóż, świeżo okrwawioną Francję zalała cała zbieranina imperatorów i króli oraz kolejna fala sprzeczek, co prawda mniej paskudnych niż poprzednie, ale końcowo pozostawiających u władzy tych samych ludzi lub ludzi im pokrewnych. Tak samo w parku – rewolucja oddała władzę w ręce tych samych osób. I te same osoby rządzą teraz z kojącą świadomością, iż zostały demokratycznie wybrane, posiadają więc niezbywalne prawo być tam, gdzie są i robić to, co chcą, coś o czym wcześniej nie mogli nawet myśleć. Są u władzy, ponieważ tak zdecydował lud, czyż nie?

Weźmy takiego zarządcę administracyjnego parku. Obejmuje on to stanowisko dłużej niż ktokolwiek sięga pamięcią. On jeden wie, jak i dlaczego znalazł się na tym stanowisku i wiedzę tę woli zachować tylko dla siebie. Co trzy lub cztery lata odbywają się co prawda wybory zarządu, ale wygrywa je zawsze ten sam kandydat. Pomimo bardzo podeszłego już wieku mówi się o nim, że jest na tym stanowisku niezastąpiony. I racja. Jeśli nie kształci się młodych talentów, ani nie próbuje się sprowadzić kogoś z zewnątrz, kogoś ze świeżym spojrzeniem, to nigdy nie znajdzie się nikt bardziej odpowiedni. Nikt nie czeka za kulisami, nikt nie wie, na czym ta praca polega ani na czym mogłaby polegać, gdyby ktoś uruchomił wyobraźnię zamiast nieustannego powielania schematów przez te same wciąż osoby. To rozumie się samo przez się, czyż nie? Zarządca wciąż tkwi w miejscu a wraz z nim tkwi w miejscu wszystko dookoła. 

W tym roku Marię wyjątkowo rozzłościł fakt ponownego mianowania tego samego zarządcy. Jego zwycięstwo w wyborach było tym razem bardziej zdecydowane, mimo że mniej osób głosowało. Spytałem ją, czy ona też była głosować.

Głosować? Nie, oczywiście, że nie. Po co? Co by to zmieniło? On i tak by wygrał, to było ukartowane. Mój głos niczego by nie zmienił.”

Spytałem ją, czy jej znajomi myślą podobnie.

Oczywiście. Wszyscy tak myślimy i dlatego nikt z nas nie głosuje.”

„I właśnie dlatego on zawsze wygrywa wybory” zauważyłem.

Na to miała gotową odpowiedź.

No to powiedz mi, kto mógłby go zastąpić? Na kogo ty byś zagłosował?”

Szczęśliwie, jako że jestem obcy, nie muszę podejmować takich decyzji, bo nie mam prawa głosu.

Uczono mnie zawsze, że o polityce nie wypada dyskutować. Jest to kwestia prywatna pomiędzy tobą a twoim sumieniem. Wybory są jednak czymś bardzo ważnym. Wielu mieszkańców parku ryzykowało własnym życiem czy wręcz oddało życie w walce o powszechne prawo do głosowania. Beneficjenci ich wysiłków powinni w ramach podzięki chodzić i głosować, nawet jeśli sam wybór jest trudny. Jako że chciałem, by Maria to zrozumiała, próbowałem wytłumaczyć jej zasadę negatywnego głosowania. To coś bardzo prostego. Głosujesz na osobę, którą gardzisz najmniej. Głosując na kandydata, którym gardzisz najmniej, odczuwasz satysfakcję, iż pozbawiłeś swojego głosu kandydatowi, którym gardzisz najmocniej. Wszyscy na tym zyskują. No prawie. Co więcej, twój kandydat ma szansę wygrać, chociaż lepiej jest myśleć trzeźwo. Maria zastanowiła się nad tym przez chwilę.

„Ale przecież i tak wygrywa ktoś niewłaściwy, nieprawda?”

Czasem nie ma co się z nią sprzeczać.

Moje rozgoryczenie nie ma jednak tak naprawdę nic wspólnego z niegłosującą Marię. Tej lekcji będzie się musiała kiedyś sama nauczyć. Pewnego dnia zniosą powszechne prawo głosu i Maria uświadomi sobie swój błąd. Ktoś będzie musiał walczyć, a może nawet zginąć, by je przywrócić. Może będzie to nawet któryś z jej synów, chyba że on akurat przejdzie na drugą stronę, nachapie się na koszt innych i niczego nie będzie już chciał zmieniać. Nie, tak naprawdę to wściekłem się po tym jak Maria opowiedziała mi o swoim wuju Fryderyku.

Ci z was, którzy otrzymali jakąkolwiek edukację, słyszeli zapewne o wuju Fredzie. Wujek jest wybitnym mysim historykiem sztuki. Jego książki czytane są na całym świecie, albo raczej były czytane na całym świecie, kiedy ludzie chcieli jeszcze dokształcać się poprzez czytanie. Fred (pozwólmy sobie tak o nim mówić, nie tracąc jednak należytego szacunku) dorastał w parku. Myszom żyło się wówczas wybornie. Pałac był tak stary i zaniedbany, że każdy mógł sobie wchodzić i wychodzić bez żadnych przeszkód. Zawsze znalazła się jakaś szpara, przez którą można się było prześlizgnąć niezależnie od rozmiarów. A Fred był akurat młodą myszką o dość pokaźnych rozmiarach. Ludzie ślęczący godzinami w książkach nierzadko tyją, zwłaszcza w partiach tylnych, od całego tego siedzenia, czytania i podgryzania. Trzeba tu jednak koniecznie wziąć pod uwagę równoczesne korzyści płynące z samorozwoju. Książki i myślenie rozwijają umysł, ale poszerzają siedzenie.

Fred sam przyznaje, że nawet on, który tak ceni i kocha książki, nie mógł się czasem oprzeć pokusie nadgryzienia którejś ze starożytnych ksiąg czytanych w bibliotece, zwłaszcza jeśli było późno a jemu już dawno skończyły się serowe przekąski.

Uświadamiałem sobie, co czynię dopiero po fakcie. Bardzo groźny zwyczaj.”

Raz zdarzyło mu się nawet zjeść czytaną stronę zanim skończył ją czytać.

Nie tak dawno zdradził mi w sekrecie, w najgłębszym sekrecie, którego wyjawiać nie wolno, że kiedyś zupełnie nieświadomie zjadł bardzo ważną książkę historyczną, którą akurat czytał. Odkrycie to tak nim wstrząsnęło, że spisał z powrotem, ile tylko zdołał spamiętać, w nadziei, że nikt nie zauważy. Na nieszczęście Fred, który dobrą pamięcią nie grzeszył, pokręcił wiele faktów. Nie miałoby to normalnie wielkiego znaczenia, jako że historia jest przecież tematem wyjątkowo subiektywnym. Co brzmi jak prawda dla jednej osoby, dla drugiej może już brzmieć zupełnie inaczej. Weźmy choćby kwestię zwycięstwa w bitwie pod Grunwaldem. Jedni mówią, że zwyciężyli Polacy, zazwyczaj właśnie Polacy, drudzy mówią że Niemcy – wszystko zależy od punktu widzenia, interpretacji oraz tego, co masz na myśli. Na nieszczęście przepisaną przez Freda książkę znalazł pewien historyk i zakładając, że ma przed sobą oryginał, znacznie pogorszył sytuację. Nie był to uczony, który zwykł dociekać spraw samodzielnie. Zwykł raczej od czasu do czasu pożyczać prace innych, a potem przepisywać ich teksty własnymi słowami. Jeszcze częściej kopiował po prostu całe partie i podawał się za ich autora, licząc na ignorancję wszystkich zainteresowanych. Zwykle działało. Historyk uznał książkę Freda za arcydzieło literatury historycznej, przywłaszczył ją sobie i opublikował w specjalnym wydaniu dla szkół. Dzieci przez całe pokolenia uczyły się z tej książki, za co Fredowi jest bardzo wstyd.

„Byłem młody. Nie zdawałem sobie sprawy jakie będą konsekwencje moich czynów. To nie powinno było się stać.”

Ale się stało. Poradziłem mu, by się przyznał. „Nigdy by mi nie wybaczyli. Pomyśl w jakim by ich to stawiało świetle. A co z moją emeryturę i dobrą opinią? Mógłbym wszystko stracić. Nie, nie. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu.”

Nie mogę się z nim zgodzić w kwestii książki, ale rozumiem o co mu chodzi z tym wilkiem.

Wilczury i kocury stały na straży pałacu i biblioteki, pełniąc jednak powierzone im funkcje ze zwyczajowym lenistwem i pychą właściwą swym eleganckim, złoto wyszywanym mundurkom. Zdecydowanie preferowały spędzać czas przyglądając się swym odbiciom w wielkich pałacowych lustrach oprawionych w pozłacane ramy lub dyskutując o tym, jak rozprawiłyby się z ewentualnym mysim intruzem, niż zniżyć się do dostrzeżenia wszystkich tych myszy, które wałęsały się po pałacu, gdzie im się żywnie podobało. Strażnicy pozorowali pracę zwłaszcza w niedzielne popołudnia, kiedy pałac zwykł być tłumnie odwiedzany. Wystawiali wówczas swą skuteczność na pokaz, maszerując w ciężkich buciorach wzdłuż i wszerz przez pałacowy hol, chuchając nieświeżym oddechem w twarze i kołnierze zwiedzających, którzy zatrzymywali się przy jakimś obrazie lub podchodzili zbyt blisko, co oznaczać musiało, że przyszli kraść a nie podziwiać detale. Bez wątpienia prezentowali się imponująco a nawet brzmieli groźnie, gdy nakazywali zwiedzającym przesuwać się dalej; ale wiedziały dobrze wszystkie myszy, że pies, który głośno szczeka nie gryzie, jeśli pozwolicie mi na taką grę słów. Naturalnie ludzie nie mieli o tym pojęcia. Niegrzeczne komentarze na temat strażników padały tylko za ich plecami.

Wuj Fred, kiedy nie przesiadywał akurat w wyłożonej dębowym drewnem bibliotece, zwykł myszkować po pokojach, oglądając obrazy i wspinając się po nogach stołów i krzeseł, by przyjrzeć się im z bliska. Uwielbiał obrazy prawie tak bardzo jak książki. Zwłaszcza jeden obraz. Nie był to specjalnie duży obraz, ale z pewnością był znakomity. My powiedzielibyśmy o nim „martwa natura”: stół a na nim miska owoców, karafka wina, kieliszek, talerz i widelec, serwetka, bochen chleba, zaś w tle, na wspaniałym półmisku z chińskiej porcelany, najzłocistszy i najsmakowiciej wyglądający kawałek sera parmezan, jaki tylko można sobie wyobrazić. Fred godzinami mógł mu się przyglądać, wąchać go, smakować jego słodko kruchej tekstury. Puszczał wodze wyobraźni, tak jak tylko mysz marząca o wspaniałym kawale sera potrafi.

A potem Fred wyruszył w drogę. Spędził wiele lat z dala od parku, podróżując, nauczając i ucząc się, nawiązując nowe znajomości, odkrywając nowe cuda. Jednak całkiem niedawno, czując że goni go już czas, zdecydował się na powrót do parku, nie po to by osiąść, lecz by ujrzeć raz jeszcze ten obraz, który tak go poruszył przed laty i którego wspomnienie towarzyszyło mu przez całe życie.

Dziś do pałacu dużo trudniej się dostać niż dawniej. Wymieniono wszystkie stare drzwi, załatano szpary, zainstalowano kamery i systemy bezpieczeństwa. Nie jest już tak uroczo jak niegdyś. Zrodzona pod upływem czasu śniedź poddała się remontom i renowacjom. Wspaniałą bezceremonialność zastąpiły nadgorliwość i higieniczność. W głębi swej duszy jest to jednak wciąż ten sam pałac. I tak z pomocą Pawła, który zawsze wejdzie tam gdzie chce, jeśli tylko wystarczająco się uprze, wuj Fred w niedługim czasie stanął u stóp swego skarbu sprzed lat. Przyglądał mu się podekscytowany, podczas gdy pamięć i rzeczywistość powoli się scalały. Patrzał i czekał. Jego uwielbienie zaczęło słabnąć. Czuł się jakoś inaczej. Być może pozwolił swej wyobraźni zapamiętać rzeczy błędnie. To się często zdarza. Jego pamięć bywa bardzo kreatywna. Lecz nie. Coś naprawdę było nie tak, prawie jakby patrzył na zupełnie inny obraz. Ten, który nosił w pamięci był z całą pewnością dużo lepszym obrazem. Bądź co bądź nawet wtedy, niewiele wiedząc o technice malarskiej, byłby przecież w stanie zauważyć jego wady. Obraz, na który obecnie patrzył, pełen był wad. Paweł, pomagając staremu wujowi zejść po nodze krzesła na ziemię, zauważył, że coś jest na rzeczy. „Co jest, wujku?” „Nie jest taki, jakim go zapamiętałem. Rama jest ta sama. Ma ten sam tytuł i opis, ale sam obraz jest inny.” „To pamięć próbuje cię oszukać, wujku.” Paweł, jak przystało na miłą, młodą mysz, starał się pocieszyć swego wuja. Staruszek zrobił się jednak naraz nieugięty. Odwrócił się do siostrzeńca i szeptem, który przyprawił młodzieńca o ciarki, powiedział: „To jest falsyfikat!” „Nie, wuju, to twoja pamięć”. „Nie”, odparła stara mysz. „Ten obraz to podróbka i mogę to udowodnić.”

I udowodnił. Fred lubił robić szkice rzeczy, które kochał. I rzecz jasna w starym szkicowniku w skórzanej oprawie Fred odnalazł swój rysunek sprzed lat. Paweł, który jest dużo mądrzejszy niż sądzą to jego nauczyciele w szkole czy egzaminatorzy, wytropił oryginał. Odkrył go w katalogu jednego z wielkich domów aukcyjnych. Był opisany jako „rzadkie XVIII-wieczne arcydzieło gatunku, nieznanego pochodzenia.” Zapuszczając się jednak głębiej w swych poszukiwaniach, Paweł prędko odkrył na odwrocie płótna oficjalne oznakowania identyfikacyjne, które próbowano zamazać. Zarządca oświadczył, że o niczym nie wiedział i że oszustwa dokonano nie za jego czasów… Lecz, cytując Marię, „O jakich czasach on mówi? Nie było żadnych czasów przed jego czasem!” A do tego, jak powiedział wuj Fred „ nawet największy idiota zauważyłby, że ten obraz był podróbką. Nawet największy idiota, gdyby tylko zechciał spojrzeć.”

Jakbym miał pod ręką jakiś kij albo kamień to udzieliłbym panu zarządcy lekcji lub dwóch.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s