17. października 2009

W sobotę stanąłem przed dylematem: wybrać się do Filharmonii, czy do Centrum Sztuki Współczesnej? W programie Filharmonii było to co zwykle, Centrum oferowało program muzyki współczesnej z Ukrainy. Jako że jestem leniwy, normalnie wybrałbym opcję pierwszą – koncerty w Filharmonii rzadko bywają trudne. Szczęśliwie namówiłem sam siebie i poszedłem do CSW, z czego bardzo się cieszę. Nie tylko dlatego, że przyjaciel powiedział mi, że koncert w Filharmonii był katastrofą (wydaje się, że dyrygent nie do końca wykonywał swoją pracę), ale też dlatego, że koncert w Centrum uświadomił mi pewną istotną rzecz.

Opóźnione rozpoczęcie, dramatycznie mało ludzi. Ale, w miarę trwania występu, sala stopniowo się zapełniała. Pod koniec nie było już wystarczająco miejsca.Zespół Szokolad, mówiący językiem europejskiego jazzu z nutką dialektu wschodniego jest zdecydowanie wart usłyszenia i spotkał się z ciepłym, inteligentnym aplauzem (tak różnym od niektórych oszałamiających wybuchów, których można doświadczyć w Filharmonii). Grający gościnnie polski trębacz sprawił, że występ na prawdę zapadł w pamięć. Później była już tylko czysto elektroniczna muzyka.

Znakomity utwór Dmytro Fedorenko przedstawiał spektakularne, obszerne głosy z wyróżniającymi się partiami trąbki, które, wypełniając salę, wywoływały dreszcz. Należy się wysilić, aby zrozumieć muzykę tego rodzaju. To prawda, wielu słuchaczy poddało się i wyszło przed końcem. To zbyt wielkie wyzwanie? Tak, możliwe, ale przynajmniej się starali i byli przygotowani na to, że wyjdą, kiedy będą chcieli.

Wyszedłem z koncertu pokrzepiony. Tym, że w naszym mieście jest tylu młodych muzyków wysokiej jakości. Tym, że można robić muzykę bez przykrej ingerencji etykiety i ego.

 

Saturday night presented me with a dilemma: to go to the Philharmonia or the Centrum Sztuki Wspolczesnej. The Philharmonic programme was the usual sort, the Centrum had a programme of contemporary music from the Ukraine.  Being lazy, I should have preferred the former….the Phils`s concerts are rarely challenging.  Happily, I went for the second and was glad I did, not only because a friend of mine told me the Phil’s concert was a bit of a disaster ( apparently the conductor was not entirely up to the job) but the because the concert at the Centrum woke me up to a fact.  This fact is that here is where it is happening.

A late start, depressingly few people. But, as the concert went on the hall gradually filled. By the end, it would have been hard to get more people in. The Zespol Szokolad and its European jazz language with a hint of the East is worth hearing and was greeted with warm, intelligent applause (unlike the sort of bewildering outbursts witnessed so often   at the Phil). A guest Polish trumpet player made the performance memorable. Then followed purely electronic music.

A splendid piece by Dmytro Fedorenko was a spectacular, vast canvass of sound with memorable trumpet clusters which thrilled as they moved around the room. To understand this music you have to work. True, many of the audience gave up and left early. Too challenging? Yes, perhaps, but at least they tried and were prepared to leave when they wanted to.

 I came away refreshed. Refreshed that there is young music making in this city of this quality. Refreshed that here is music making without the tiresome intrusion of egos and formalities.

 

Koncert w Kościele Matki Bożej Loretańskiej, 4 października

Viola da Gamba: Paolo Pandolfo, Klawesyn: Alina Ratkowska

W zeszłą niedzielę, grupa osób raczej młodszych niż starszych, zebrała się w pięknym kościółku Matki Bożej Loretańskiej na Pradze, aby usłyszeć koncert muzyki barokowej na klawesyn i viola da gamba.

Miałem dwa powody aby zjawić się na tym koncercie. Stary budynek kościoła nabrał swojej obecnej formy na podstawie projektu Alfonsa Kropwnickiego, Architekta Miejskiego XIX wieku, a mojego prapradziadka. Drugi powód to grający na viola na gamba Paolo Pandolfo, który jest jednym z moich najdroższych przyjaciół oraz patronem Fundacji Nowa Orkiestra Kameralna, której jestem prezesem.

Tak rzadko zdarza mi się wyjść z koncertu w Warszawie nie czując się oszukanym, złym czy upokorzonym. A przytaczając słowa wypowiedziane po koncercie przez siedzącego niedaleko mnie młodzieńca, ta muzyka oczyściła moją duszę!

Nie, nie było przesadnych braw, ale zgromadzeni słuchali koncertu z takim zaangażowaniem jakiego rzadko doświadczam w Warszawie. Organizatorzy koncertu też nie podkreślali swojej obecności, oprócz wręczenia muzykom skromnych bukietów kwiatów (zbyt wiele kwiatów ginie w Warszawie z powodu muzyki). I mimo wszystko, z oczyszczoną duszą i odświeżony, poczułem się dumny, że mogłem przedstawić tego młodego człowieka jednemu z największych na świecie muzyków grających na instrumentach smyczkowych.

 

Viola da Gamba: Paolo Pandolfo,Cembalo: Alina Ratkowska

Last Sunday evening a group of more younger than older people gathered in the splendid little church of Our Lady of Loreto in Praga for a concert of Baroque viola da gamba and cembalo music. 

I had a dual reason for attending this concert. This ancient building took on its present form from a design of Alfons Kropiwnicki, City Architect in the 19th century and my great-great-grandfather. The other reason was that the great viola da gambist Paolo Pandolfo is one of my oldest and dearest friends and Patron of FNOK, of which I am Prezes.

So rarely do I leave a concert in Warsaw without feeling angry, cheated or humiliated. But, to echo the words uttered at the end of the concert by the young stranger who was sitting next to me, this music washed my soul!

No, there was no extravagant applause but the audience listened with an intensity I have rarely witnessed in Warsaw. Nor did the concert organisers make their presence felt apart from presenting the two artists with modest bunches of flowers. (Too many flowers die in Warsaw in the cause of music). And yet, with my soul washed and refreshed, I felt pride that I was able to introduce that articulate young man to one of the world’s great string players.

 

Inauguracja Sezonu Artystycznego 2009/10 w Filharmonii Narodowej

Wydaje mi się, że to Sir Thomas Beecham powiedział, że dyrygent nie powinien się pocić podczas występu. Jego praca powinna odbywać się bez wysiłku. Gdybyście nie pamiętali – Sir Thomas był jedną z najważniejszych postaci i największych dobroczyńców świata muzyki w XX wieku, po obu stronach Atlantyku. Był także dyrygentem o niezwykłej energii, pasji i wyobraźni. Gdy on dyrygował, nie było możliwości, aby koncert był nudny.

Antoni Wit, który otworzył sezon 2009/10 w Filharmonii Narodowej, poci się bardzo. Jak krótki nie byłby ruch, musi wyjąć chusteczkę, aby obetrzeć spocone czoło. Ciekaw jestem ile ich zużywa w ciągu jednego wieczoru. Mam nadzieję, że nie będzie to zbyt zuchwałe, gdy zasugeruję, że może powinien, zamiast rzucać się jak wściekły, włożyć więcej energii w komunikowanie się z orkiestrą.

To był niezwykle ciekawy program, z wyróżniającymi się występami solistów, ale z koszmarnie nudną grą orkiestry. Może więcej pracy, a mniej pocenia się, Panie Wit?

I think it was Sir Thomas Beecham who said that a conductor should never sweat during a performance. The work of a conductor should be effortless. In case you have forgotten, Sir Thomas was one of the great characters and philanthropists of 20th Century music making both sides of the Atlantic. He was also a conductor of enormous energy, verve and imagination. Never a dull concert.

Antoni Wit, who opened the National Philharmonic’s 2009/10 season tonight, sweats a great deal. In fact, how ever short the movement, he has to get out his handkerchief and mop his sweating brow. I wonder how many he gets through in an evening? I hope it is not impertinent of me to suggest that perhaps more of his energy should go into communicating with the orchestra than throwing himself about as a man with his shoes on fire.

It was a really interesting programme with distinguished performances from the soloists but dreadfully dull orchestral playing. Perhaps less sweat and more work, Mr. Wit?